Sunday, 28 November 2010

maj 2004

Maj

Zakochałam się. Jak to w maju.
Zakwitły japońskie drzewa, ptaki niezmordowane dają czadu od rana. Bardzo leniwy dzień. Zdecydowanie słońce za bardzo rozpieszcza ludzkość. Cóż więc, nauczyłam się panować nad sobą, a w krytycznych momentach powtarzam: „ommmmmmmmm" i pomaga. Chociaż nie powiem, żebym nie miała kudłatych myśli. Człowiek zawsze ma takie. Dlaczego nie może być po prostu dobry? Ja tego nie rozumiem, ja mała...

Pozmieniało się totalnie wszystko. Mam nadzieję, że na lepsze. Porzuciłam życie bezpieczne. Ja. Ciekawe czy uda mi się stworzyć pozytywny obraz życia. Ciekawe czy się uda. Cholera boję się. Tak bardzo się boję. Ale nie wycofam się. Już nie mogę tego zrobić. Byle do przodu, byle znaleźć coś pozytywnego. Uda się, wiem to.

I tak naprawdę to nuda perspektywiczna. Odwieczny dekadentyzm. Ja nie wiem skąd ten pesymizm? Bo przecież człowiek nie jest wymagający. Jak zmarznie to uszczęśliwi go ciepły koc i herbata. Jak jest nieszczęśliwy to wymaga ciepłego słowa, a jak jest lato to jest szczęśliwy bo jest ciepłe słońce. Człowiek nie jest wymagający? Może jednak zawsze chcieć poszukać wirtualnych korytarzy doświadczeń i miłości... Co oznacza w ogóle miłość? Dlaczego zawsze wiąże się z cierpieniem? Do cholery z tym wszystkim! Do stu diabłów!
Czasami jest tak, że nie mamy się gdzie schować przed swoimi splątanymi myślami. Przed tym co tak cholernie nabroiliśmy, przed ludźmi, przed całym światem. Skąd wiemy, że robimy dobrze? Dlaczego jesteśmy zmuszeni do podejmowania jakichkolwiek decyzji. Jakichkolwiek. Czy ja zrobiłam dobrze? Czy za dwadzieścia lat nie będę żałować tego całego bajzlu?
Jak to możliwe, że nie możemy być. Tak po prostu. Dlaczego uzależniamy się od innych? Dlaczego ciągłe podświadomie to robimy? Czy to jest doświadczenie? Czy ono nas jakoś motywuje do lepszego kreowania przyszłości? A jak na przykład mi się nie chce już nic dalej z życiem robić, bo nie mam pomysłów? Może mam, ale nie mam odwagi wprowadzić ich w rzeczywistość. Z resztą nigdy nie miałam odwagi. Motywacja do lepszego jutra. Jakby nie mogło być zawsze kolorowo, miło, ciepło, jakby nie mogło zawsze pachnieć, jakbym chociaż zawsze się budziła z uśmiechem i radośnie ściskać promienie słońca. Ciekawe, jak to jest. Zawsze jest prawie doskonale, przez moment. Przez nieuchwytny momencik. Potem przychodzi taki inny momencik i wszystko strzela chuj. Wszystko się rozsypuje. Taki wiatr momentów. Tylko, że one mają moc. I to jaką! Niezniszczalną a jakże destrukcyjną moc perswazji. W jednej sekundzie potrafi się wszystko zmienić. Wszystko. Jak w jakiejś lekturze horroru, którą nerwowo ściskamy w ręku . Dobrze, że to nie nas mordują, dobrze. Nic nie jest dobrze. Wszystko jest manipulacją. Takie sztuczne zapładniacze szczęścia. Pigułki radości, które tylko prowokują kolejne zakręty i łzy i  smutne, piękne oczy. Nie jem, nie śpię. Przeżywam beznamiętnie kolejny dzień. Nie mam okresu. Palę. Upijam się w takt muzyki szczęścia. Na chwilę. Potem nie mogę dojść do siebie kolejny dzień. I znowu mogę skreślić brzydkim długopisem czarne, tłuste kalendarzowe mierniki codzienności. Temperatura dnia zależy od dnia tygodnia. Bo w poniedziałek to nuda. We wtorek tak sobie. W środę może być. W czwartek jestem zmęczona. W piątek się upijam. W sobotę leczę kaca. W niedzielę czekam i nic nie robię. Od jakiegoś czasu tylko czekam. Niszczy mnie to czekanie. Żałosność tego czekania przerasta moje wyobrażenie o szczęściu. Ile można czekać. Ile człowiek może znieść. Są różne rodzaje cierpień. Najgorsze jest to psychiczne. A tak się składa, że zawsze cierpi się psychicznie. Emocjonalne spazmy, emocjonalna złość, emocje rządzą moim myśleniem. Zdrowy rozsądek pozwala mi czasami zapanować nad zwierzęcym instynktem. Potem czekam, aż przyjdzie ten właściwy zwierzęcy. Znów się biczuję wyrzutami sumienia. I taki zamknięty, mroczny krąg. Taki dół życiowy, który ponoć przychodzi  do każdego człowieka. Żeby go prawie złamać, zakręcić w koło. I berek! I ja muszę oddać teraz losowi. Najlepiej porządnego kopa. Muszę stanąć na baczność i obiecać w tej chwili, że zmienię się w szczerą, serdeczną osobę. Najgorszy trening jaki mógł mnie spotkać. Chciałam przesiedzieć, przeczekać a wpakowałam się w emocjonalna kabałę. Nie wiem jak z tego wyjść bez zwariowania. Bez siniaków, bez połamanej nogi, a już jak bez złamanego serca? To by musiał być cud . Istny cudzik. Zważywszy na czas przeklęty, to musiałby być naprawdę super cud!!

          No może nie stał się cud, ale jakże mam dzisiaj piękny uśmiech! Nie warto się zamykać w matrioszkach, jakże kolorowych z pozoru. Więc, doszłam do wniosku, że powalczę o nowe szczęście. Najnowsze, jak z żurnala mody. A nudę przepędzę! Chyba już potrafię!

No comments:

Post a Comment