Historia pewna
Dawno temu był sobie wiśniowy sad. I wszystko co mi się podoba nie istnieje. I nie ma takich możliwości, które zmusiłyby mnie do wyszukiwania rzeczy prawdziwych. I żadna łza nie zmusi mnie do czarnych myśli i nic już nie wymyślę więcej dziś.
Więc, jakby to mądrze ująć nie dość, że nic nie wymyślę to nic mi się nie chce. Miałam być szczera, a szczerze mówiąc właśnie jestem i chyba na poważnie zamierzam. Dlaczego tak bardzo zajmuję moje myśli sensacyjnie wcale nie sensacja, tylko jakieś typowe, stare prawdy dziwne, bo prawdziwe. A jeśli już mam opowiadać to później, teraz napiję się kawy, a może herbaty. Czerwonej. Bo niby lepsza od kawy. Chociaż nie wiem tego na pewno.
Więc czasami się poddajemy i nie wiedzieć czemu ale nierzadko udaje nam się podnieść z gleby. Dobra, nierzadko mi się udaje podnieść z gleby. A frustracje i lęki to moja specjalność. Że tak powiem moja ulubiona. I mogę uwikłać się w jakąkolwiek przygodę tylko chcę i jak tylko chcę i kiedy tylko chcę. Tylko jak już zakończyć te wszystkie moje porażki happy-endem to nie zawsze mam pomysł. Ale co tam. Kolorowy zakręt sztucznie wytworzonych małych sprzecznych sytuacyjek i to za każdym razem!!! Czy kiedykolwiek coś pasuje do wszystkiego, tak żeby było idealnie prawie? Nie, bo się nie opłaca. Komuś się nie opłaca, bo ktoś sobie wymyślił inną opłacalność. Indywidualną, niezrozumiałą przez nas opłacalność. Zakręty mojej psychiki też w pewnym momencie się rozjeżdżają i nawet potem nie można znaleźć żadnej mapy, żeby to odtworzyć, przynajmniej w najmniejszym przybliżeniu. Jak to się robi, żeby było dobrze? jak to się robi, żeby być szczęśliwym? Jak to się robi ,żeby w końcu być zadowolonym z życia? A porażki potraktować własną, nabytą już trucizną. No bo, tak się zastanawiam, czy tylko ja pracuję na to żeby było ok., czy ktoś mi w tym usilnie przeszkadza, tak żeby wypróbować moją resztkę cierpliwości czy jak??
Więc wracając do sedna rzeczy, to normalna chyba nie jestem. Bardzo ciężko czasami przystosować. Do czego się przystosować?
Wyobrażenie o całej nicości, pozwala mi się zrelaksować. Nawet drobiazg nie wyprowadza mnie z równowagi. Wszystko się zmienia . A ja myślałam, że wszystko jest grane pod moją osobę. A nie jest. Człowiek dziwi się przez całe życie, właściwie to mógłby się rodzić z takimi zdziwionymi brwiami. Bo moje są zjebane. Przeze mnie. Poza tym gra gitara i życie toczy się czarodziejskim tempem i dziś jestem naprawdę zdziwiona. Ewoluują moje myśli i jestem już bardziej spokojna. Chryste.
Balanga. To mój etap.
Ale w radiu na przykład to się strasznie wymądrzają te głupie pindy. „Ble ble, zawsze interesowałam się teatrem”. Ja też no i co z tego?
Wieki temu, całe wieki temu nie doceniałam życia. A dziś poszłam po baterie alkaiczne do kiosku z taką radością, która zaraz natychmiast zgasiłam pani kioskarka;,, jakie baterie? Te normalne ?czy chude nienormalne? Ale dałam radę i i dalej byłam szczęśliwa o tyyyle! I jestem nadal. Jak to się robi? To się po prostu dzieje. Tak ma być.
Chciałabym się codziennie inszej, hehe inaczej nazywać. Dziś na przykład Czesławą. I nazywali by mnie Cesia. Byłabym Cesią w cekinowej spódnicy, Cesią kupującą pomidory, trzy dorodne pomidory, twarde, lśniące. Byłabym Cesią słuchającą hip-hopu. Cesią banalnie absurdalną. A we wtorek na przykład byłabym Hanną. W krótkiej seksownej spódnicy. W specjalnie zaprojektowanym, wyzywającym żakiecie z głodnymi myślami. Byłabym zaganianą Hanią , dla innych tajemniczą Hanną spod trójki. Najbardziej lubiłabym być roztrzepaną Laurą. Dlaczego? Bo to do siebie kompletnie nie pasuje.
Nie pasuje mi narzucona inszość przez inne inszości. Nie akceptuję tego, koniec i kropka. Słonko dziś leniwie upaja mnie odważnymi myślami. Już wiem, że nieprędko wyjdę za mąż. Wiem, że zanim znajdę lustro przed którym powiem, I’m ready for this, minie trochę chwil. Momentów, momencików, karmelkowych, przesyconych wolnością momentów. Tylko moich złudnych chwil. Bo jak się nie zdecyduję na małżeństwo, to czy wybiorę cos w ostatniej chwili. Last minute dla mnie! No czy z honorem przebrnę przez dalsze czekania i z utęsknieniem doczekam się dnia, w którym on zadzwoni. I powie: ,,też czekam, całe życie czekam na ciebie.” Ech, idę napić się kawy, bezkofeinowej.
W świetle purpurowego nieba
Nie doceniam swoich możliwości. I wiem, że tkwi to w podświadomości z dziecięctwa mego. Dokładniej bredząc z wypadków z dzieciństwa. Czyli świat stawia na konsekwencje i w dupie ma romantyzm, liczą się ścisłości i na podstawie ścisłości tworzą nasz wizerunek. Tworzą ci którzy są ściślej mówiąc ściśnięci. Wypowiadam im wojnę.
Pamiętam jak byłam mała. Wszystko było tajemnicą, a każdy dzień przygodą jutra. Super. Tyle spraw było przesiąkniętych tragedią lub nasyconych ogromną radością. W miarę dorastania ścierałam się z różnymi sytuacjami, które mimo wszystko uświadomiły mnie w tym, jak warto jest żyć i jak warto jest pięknie marzyć. To nie zabija. To sprawia, że widzę kolory na niebie i nie poddaje się, chociaż za każdym razem kiedy dopadają mnie ponure myśli kupuję worek orzechów ziemnych. I ciągle wierzę w swoją moc i Anioła Stróża. I mam całe serce wiary i erotyczne sny. I ciągle wierzę w magię jutra. Lekka melodia nadziei nastraja moje serce i pragnę zmian. Tych na lepsze. Już tylko takich chcę. I wiem, że mi się uda .
No nic to, całkiem przyjemnie świeci słonko i miałam erotyczną przygodę. Ja chciałabym, aby mój seksapil był wychwalany przez każdego mężczyznę. Jak bawię się swoją grzywką, jak delektuję się sokiem malinowym, jak jęczę przy orgazmie, jak gotuję, jak siedzę na fotelu i patrzę się zalotnie. Budzę się przy nim i czuję jak wszystko nareszcie się układa w całość. Jak nie musze się martwić o to czego nie ma. O, to dziwne. Czegoś, czego nie ma. Phi. A jednak to czego nie ma martwi najbardziej. Bo ja lubię się martwić niczym. Jak poznałam Marcela, też się tak martwiłam. On, uwielbiający kobiety, wprawiał mnie w stany cholerne. Ale, o tym, że je uwielbiał dowiedziałam się nieco później. W swoim czasie. Eh. Poznaliśmy się na mieście. Piłam colę. Z koleżanką. Rozmawiałyśmy, tak o niczym. Miałam seledynową sukienkę. Normalnie nie ubieram się w takie rzeczy, ale tak mi odbiło po prostu. Piłam sobie tą colę i jak go zobaczyłam, wypiłam wszystko jednym haustem i rozległo się siorbnięcie. Moje. Niekulturalnie, wiem. Ale zatkało mnie . To facet dla mnie. Dla mnie!! I usłyszałam jak śpiewa dla mnie: Michel my bell. Lalalala I love you. Spadła na mnie cegła, przygniotło mnie coś. I want you, I want you. I już. Tak się dzieje czasem, daje słowo.
- idziemy za nim. Ja pierdole.
W ten oto subtelny sposób, dałam do zrozumienia koleżance mej, że strzała amora trzasnęła we mnie, ze dostałam obuchem w łeb. Marcel. Facecik urojony. Ideał boskopodony. Ludzie! I poszłyśmy za nim. Ja stąpałam za nim jak motyl jakiś. O ile motyl stąpa. hahaha. Szłam prowadzona miłością, a raczej głodem uczucia, spełnienia, seksu. Namiętności. Wszedł do lokalu nie pamiętam jakiego, chyba ,,Hydra”. Nazwa co najmniej jak łachudra, albo jakaś inna małpa, która zaraz odgryzie ci łeb. Ciemno, w tle palą się leniwie, żółte światełka. Ściany z cegły, usiadł. Usiadłyśmy również. Po mistrzowsku zamówiłam piwo z sokiem. Greta wzięła martini.
-no i co teraz?
-zaraz, no mów coś. Cokolwiek. Greta. Jak złowię tego gościa, to już niczego więcej nie chcę.
-małe masz wymagania .
Obserwowałam go. I apetyt rósł w miarę jedzenia. Nie wiem co teraz. Przecież wyjdzie pewnie stąd kiedyś. Jak na poważną kobietę, żadne triki w stylu lat młodych nie wchodziły w rachubę. No na przykład w stylu. Och przepraszam, ale założyłam się z koleżanką, że wezmę od ciebie numer telefonu. No gdzie teraz takie rzeczy! A może? Nie, lepiej nie, przecież siara. Chyba. No, ale cóż tu zrobić?
Wtorek
Nauczyłam się jeść pałeczkami chińskimi w chińskim stylu, w stylizowanej chińskiej knajpie. A niech to, jeszcze odbija mi się piekielnym sosem, ale co , no dobre było. Słucham Norah Jones i sobie tak myślę, jak i skąd zdążył zakorzenić się we mnie taki potworny leń. A i nie pije alkoholu. Nie, że mi się nie chce tylko dlatego że nie mogę. A chłopak tamten. No musiało nie nieźle porąbać. Nie był draniem, tylko dlaczego zawsze konfrontacja z takim osobnikiem uświadamia mi, że chyba zostanę quirkyalone i nie będę bawić się z mężem w nic fantastycznego, ani go wkurzać i potem się z tego cieszyć. Eh. Szkoda co? Tymczasem biegnę do kiosku i po słonecznik. Bardzo lubię słonecznik.
Zużywam tylko 15 mililitrów pudru na dwa lata. Czy to normalne? W dobie pięknie wypudrowanych kobiet? What’s your problem? powiedzieliby Amerykanie. A przecież oni to wymyslili.
I nie mam jeszcze ostatecznego pomysłu na siebie. Chociaż pomału zaczyna się wykluwać jakaś niewinna idea. Póki co idę spać. I żadnych słodyczy od jutra! Obiecuję!
Żre kapuczino prosto z pudełka, bo nie chce mi się robić kawy. Potrzebuję czegoś słodkiego. Sustytut doskonały, ale czy to zdrowe jest? Bynajmniej nie, ale co mam nie jeść? Tak sobie myślę, że to wszystko mnie czasami wkurwia. Bo nie ma co robić a wszystko się wlecze jakoś tak szmatławie. Jakby już wszystko było dla mnie poszykowane gdzieś tam, i lepiej żebym nie wykonywała żadnego samodzielnego ruchu bo się zawali wizyjka.
No comments:
Post a Comment